niedziela, 20 maja 2018

[25] Bez słów - Mia Sheridan

Tytuł oryginalnyArcher's Voice
Autor: Mia Sheridan 
Tytuł polskiBez słów
Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Otwarte

Bree to dziewczyna, która chce uwolnić się od swojej przeszłości.
Archer jest samotnikiem, który stracił głos.
Kiedy Bree przybywa do miasteczka, w którym mieszka Archer, coś ich do siebie ciągnie. I chociaż chłopak jest nastawiony dosyć wrogo, a reszta mieszkańców wyraźnie go nie lubi, Bree się nie poddaje. Czuje, że musi poznać tego niezwykłego, tajemniczego człowieka. Z czasem zaczyna się rodzić między nimi uczucie, bo, chociaż bez słów, rozumieją się doskonale. 

Może pamiętacie, że w poście o 7 motywach, których mam dość w książkach (link tutaj), pisałam także o traumie lub chorobie. W tej powieści - od dziwo - nie przeszkadzało mi to zbytnio. Autorka operowała tym tematem naprawdę dobrze - nie wciskała go wszędzie i nie robiła z bohaterów nieudaczników życiowych, ale nie pozwalała o nim zapomnieć. Barwne opisy i retrospekcje to zdecydowanie coś, w czym jest dobra i dzięki nim można było zżyć się z bohaterami. Szkoda tylko, że przy samych bohaterach już nie było tak kolorowo.

Archera naprawdę polubiłam - współczułam mu, ale też podziwiałam za jego wewnętrzną siłę. To była jedna z tych postaci, którym się kibicuje - naprawdę chciałam, żeby odzyskał szczęście, a jego historia bardzo mnie ciekawiła. Sprawiał wrażenie więźnia własnego umysłu i wspomnień. Nie wiem, jakim cudem Bree udało się go uwolnić, ponieważ ta dziewczyna była naprawdę beznadziejna. Próbowałam wykrzesać z siebie choć trochę żalu i sympatii dla niej, ale nie potrafiłam. Po prostu nie umiałam jej polubić - denerwowało mnie w niej wszystko. Zaczynając na infantylnych zachowaniach ("o nie, wypadły mi tampony przy chłopaku, j a  s i ę  z a b i j ę"), poprzez nachalność w stronę Archera ("widzieliśmy się raz, wejście do jego domu to świetny pomysł!), a kończąc na tym, że uważała się za pępek świata. Przez całą książkę mówiła o tym, że Archer kocha tylko ją, że jakim to ona jest dla niego cudem i jak on to nie odrywa od niej wzroku. 


Byliśmy jak dwa magnesy, przyciągające się z siłą, której żadne z nas nie było w stanie kontrolować.

Reszta postaci zbytnio mi nie przeszkadzała, ale to dlatego, że byli niesamowicie płascy i czarno - biali. Autorka od razu powiedziała, kto jest dobry, kto zły i pozostali tacy do końca. No i nie mogę nie wspomnieć o rzekomo najlepszej przyjaciółce Bree, do której główna bohaterka podczas kilkumiesięcznego pobytu w miasteczku zadzwoniła może dwa razy. Serio? Rozumiem odcinanie się od przeszłości, ale tamta dziewczyna naprawdę się martwiła o Bree i była świetną przyjaciółką. A przynajmniej tyle wywnioskowałam z tych pojedynczych rozmów.

Wcześniej wspomniałam o stylu pisania autorki i jej opisach - te rzeczywiście były niesamowite, ale nakreślanie codziennego życia bohaterów nie jest jej najlepszą stroną. Wstawiała tam naprawdę bezsensowne szczegóły - na przykład opisy stroju bohaterki. Zapewne miało to dodać realizmu, ale po co mam wiedzieć, że ma na sobie gładką koszulkę i szorty, skoro autorka i tak nie nawiąże do tego później? Mia Sheridan usiłowała też wprowadzić wątek kryminalny do swojej historii, ale to zupełnie jej nie wyszło. Wyraźnie nie umie budować napięcia ani pisać scen akcji. No i ostatnią rzeczą, która mi się nie spodobała, były sceny współżycia bohaterów. Nie zawstydzały mnie - nie należę do tych osób, które na słowo seks intensywnie się rumienią - ale były niesamowicie powtarzalne. Od pierwszego razu bohaterów autorka wyraźnie nie mogła się powstrzymać przed wrzucaniem tych scen gdzie popadnie. No i tak naprawdę w każdej działo się to samo.

Pełne zrozumienia milczenie bywa lepsze od wielu słów, które koniec końców okazują się bezsensowne i zbędne.

Bez słów to powieść, która zapowiadała się świetnie. Autorka potrafi tworzyć opisy, robi to naprawdę dobrze, ale cierpią na tym bohaterowie i czytelnik. Ta pozycja nie potrafi w pełni zainteresować, a postacie są albo denerwujące, albo bezbarwne i tak na dobrą sprawę mało się dzieje. Zdecydowanie odradzam Wam lekturę - no chyba, że lubicie nudne, irytujące i powtarzalne romanse.

niedziela, 13 maja 2018

[24] Wyginacze łyżeczek - Daryl Gregory

Tytuł oryginalny: SPOONBENDERS

Autor: Daryl Gregory
Tytuł polski: Wyginacze łyżeczek
Tłumaczenie: Joanna Golik - Skitał
Liczba stron: 526
Wydawnictwo:Czarna Owca

Wyginacze łyżeczek to jedna z tych książek, które samą okładką potrafią skusić nas do lektury. I to nie dlatego, że jest wybitnie piękna, ale ponieważ ma w sobie coś osobliwego i zabawnego zarazem. Do tego mówi, że poznamy zaraz najdziwniejszą rodzinę. To dlatego aż tak nie mogłam doczekać się tej książki. Jednak czy było warto?

 
Rodzina Telemachusów to osobliwa rodzina. Nie tylko biorąc pod uwagę fakt, że są dość ekstrawaganckimi i zamkniętymi w sobie dziwakami. Część ich rodziny ma paranormalne zdolności - na przykład Irene potrafi stwierdzić, czy ktoś mówi prawdę, jej syn Matty umie wychodzić ze swojego ciała, a odludek Buddy jest jasnowidzem. Łatwo się domyślić, że tacy ludzie potrafią wywołać niezłe zamieszanie. A jeśli dołożymy do tego klątwę z przeszłości, problemy z rządem, mafię i ciemne interesy, to katastrofa gotowa.

Standardowo zacznę od postaci - a jest o czym opowiadać. Tak naprawdę to na nich zbudowana jest cała historia. Motyw z paranormalnymi zdolnościami bardzo mi się spodobał, ale to nie one są najważniejsze. Każdy z bohaterów jest unikalny, jedyny w swoim rodzaju, a przy tym samowystarczalny - jednak kiedy działają razem, potrafią zdziałać o wiele więcej. Ich charaktery tworzą prawdziwą mieszkankę wybuchową i chociaż często się kłócą, za wzajemnymi docinkami kryje się miłość. Do tego nie są czarno - biali. Zupełnie jak w prawdziwym życiu - nikt nie jest całkowicie dobry ani zły. Postacie drugoplanowe również zostały zbudowane bardzo dobrze - nie są niepotrzebni, a napędzają powieść do przodu.

Każdy głupek może być fanem drużyny, która wygrywa. Trzeba mieć charakter, żeby wspierać tych, którzy są skazani na porażkę.

Dobrą stroną książki jest zmiana perspektywy - możemy poznać tę samą historię oczami różnych postaci. Dzięki temu otwierają się przed nami nowe wątki, pobudki bohaterów. Autor pozwala nam zauważyć to, że jedna sytuacja może wyglądać zupełnie inaczej oczami różnych osób. Prawdę mówiąc po przeczytaniu opisu miałam nadzieję na powieść fantasy, ale okazało się, że dostałam obyczajówkę - bardzo porządną zresztą. W Wyginaczach łyżeczek poruszone zostają ważne problemy, często zgrabnie ukryte. Miejscami zdaje się, że ta historia ma drugie dno.

Chciałabym napisać coś o fabule, ale tak naprawdę w książce się wiele nie dzieje. Owszem, jest kilka głównych wątków - między innymi wspomniana już przeze mnie sprawa z mafią - ale rozwijają się one bardzo powoli. Nie odbiera to co prawda przyjemności z czytania, ale zabija całe napięcie i sprawia, że tak naprawdę nie czekamy na to, co wydarzy się dalej. 

Nic nie zabijało tęsknoty za domem rodzinnym tak, jak powrót do tego miejsca.

 Powieść Daryla Gregory to osobliwa, ciekawa i bardzo przyjemna przygoda. Spotkanie z rodziną Telemachusów pozostanie wam w pamięci na długo po skończonej lekturze. Jeżeli lubicie wyraziste postaci, spokojnie płynącą akcję i macie ochotę na książkę z wątkiem paranormalnym w tle - ta historia jest dla was. Jeżeli nie - dajcie jej szansę. Naprawdę warto odkryć wszystko, co ta książka ma nam do przekazania.

czwartek, 3 maja 2018

[23] Znajdź mnie - J.S. Monroe

Tytuł oryginalny: Find me
Autor: J.S. Monroe
Tytuł polski: Znajdź mnie
Tłumaczenie: Agnieszka Walulik
Liczba stron: 445
Wydawnictwo: WAB


Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po tej książce. Jeśli chodzi o thrillery, jestem raczej nowa - kiedyś w ogóle ich nie czytałam, więc na razie podchodzę do takich pozycji z rezerwą. Tym razem udało się i trafiłam na naprawdę dobry thriller psychologiczny. Chociaż... Nie do końca.

Jar poznał Rosę - miłość swojego życia - na studiach w Cambridge. Dziewczyna niestety popełniła samobójstwo. Nawet teraz, po pięciu latach, Jar nadal ją widuje - na stacji, na ulicy, w domu. Wszyscy twierdzą, że to halucynacje. Jednak kiedy mężczyzna dostaje od ciotki Rosy dziennik ukochanej, zaczyna zastanawiać się, czy dziewczyna na pewno odeszła. Jar zaczyna balansować między rzeczywistością a wspomnieniami. Wkrótce okazuje się, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. I nigdy nie było.

Rzeczą, której nie można odmówić tej książce, jest akcja, która od pewnego momentu pędzi jak szalona. "Od pewnego momentu", ponieważ na początku autor nie spieszy się z wydarzeniami, powoli buduje napięcie, co trochę rozleniwia czytelnika. Później jednak rzeczywiście utrzymuje tempo: intrygi, podróże, śledztwa - to tylko niektóre rzeczy, które kryje "Znajdź mnie". Do tego bardzo spodobał mi się pomysł z dziennikiem - sprawia, że wszystko dzieje się znacznie szybciej, a przy tym nie gubimy się w fabule. Wręcz przeciwnie - kolejne elementy układanki zgrabnie wskakują na swoje miejsce. Nie oznacza to jednak, że autor nie potrafi namieszać czytelnikowi w głowie. W pewnym momencie wydawało mi się, że sam nie bardzo wie, do czego zmierza, ale okazało się, że jest zupełnie inaczej i autor naprawdę wie, co robi. Do tego tworzy bardzo żywe i klimatyczne opisy. Pozwala nam wczuć się w lekturę, zanurzyć w słowach i przeżywać maksymalnie każdą stronę.

Wydaje mi się jednak, że trochę za bardzo skupił się na fabule. Bohaterowie bardzo na tym ucierpieli - byli dość nijacy i tak naprawdę się z nimi nie zżyłam. Relacje między nimi również zostały potraktowane po macoszemu - nie potrafiłam na przykład zauważyć miłości Jara i Rosy, która przecież odgrywała kluczową rolę. Gdyby były one zbudowane tak dobrze, jak fabuła, na pewno powieść podobalaby mi się bardziej.

"Znajdź mnie" to thriller, który porwie was od pierwszych stron. Autor zmanipuluje waszymi myślami i nie pozwoli się oderwać nawet na chwilę. Bo chociaż bohaterowie są słabą stroną tej powieści, to czyta się ją błyskawicznie. Nawet nie zauważycie, kiedy skończycie.

***
Za książkę bardzo dziękuję