piątek, 29 kwietnia 2016

[13] Wybacz mi, Leonardzie - Matthew Quick

Tytuł oryginalny: Forgive me, Leonard Peacock
Autor: Matthew Quick
Tytuł polski: Wybacz mi, Leonardzie
Tłumaczenie: Jacek Konieczny
Liczba stron: 408
Wydawnictwo: Moondrive/Otwarte




Kiedy w zeszłym roku przeczytałam Prawie jak gwiazda rocka (recenzja jeszcze na drugim blogu - klik), wiedziałam, że nie będzie to moja ostatnia przygWybacz mi, Leonardzie, chociaż nie byłam przekonana. Z jednej strony większość recenzji była pozytywna, ale jakiś głosik z tyłu głowy krzyczał Nie bierz tej książki! Jest pewnie o wiele gorsza od Prawie jak gwiazda rocka i ci się nie spodoba. Cóż, chyba już nigdy nie będę słuchać mojego głosu.
oda z tym autorem. Kiedy zamówiłam dwie pozostałe jego książki dla młodzieży, szalałam z radości. Postanowiłam najpierw przeczytać

Uwielbia czarno - białe filmy z Humphreyem Bogartem, które ogląda w towarzystwie starego sąsiada, ma matkę, która mieszka w Nowym Yorku, bo pracuje jako projektantka mody, wagaruje, nie chce zostać "smutnym dorosłym", których często obserwuje. Oto Leonard Peacock, który właśnie skończył osiemnaście lat. Ale zamiast rozpakowania prezentów, wysłuchania życzeń i oczekiwania na wielką imprezę, dzień ten zaczyna od zapakowania prezentów dla przyjaciół w różowy papier, ogolenia głowy na łyso i zostawienia włosów w lodówce oraz zjedzenia owsianki przy stole z pistoletem swojego dziadka leżącym obok. Tego dnia zamierza odegrać się na wszystkich ludziach, którzy go zranili, podziękować wszystkim swoim przyjaciołom, przemyśleć całe swoje życie, a następnie skończyć sam ze sobą. Brzmi, jakby był to zwykły nastolatek, "buntownik", którego największym problemem jest to, że dziewczyna go zdradziła? Może. Ale uwierzcie mi, Leonard nie jest taki jak wszyscy. Nie ma takich problemów, jak inni.
Zdjęcie z mojego Instagrama :) Zapraszam!

Inność to cecha pozytywna. Ale inność jest również trudna.

To zdecydowanie jedna z najbardziej udanych postaci. Postać wielowymiarowa, która wie, czego chce, ale ma też wątpliwości odnośnie tego, co chce zrobić. Od początku mu kibicujemy, ale jednocześnie prawie krzyczymy, aby nie tego nie robił. Gdyby zabrać tej książce fabułę i skupić się tylko na przemyśleniach głównego bohatera, to byłyby to najlepsze 408 stron wypełnionych przemyśleniami, jakie widział świat.

Ale nie tylko Leonard jest świetną postacią. Każdy bohater  powieści jest wykreowany od a do z, każdy ma swoją historię, każdy jest niepowtarzalny i każdy ma swoje miejsce w tej książce. Z niektórymi mogłabym mieszkać pod jednym dachem, z innymi z chęcią wdałabym się w dyskusję, a innym przemówiła do rozumu. W Wybacz mi, Leonardzie nie ma tak naprawdę przyjaciół i wrogów Leonarda. Nawet, jeśli przez całą powieść myślimy, że ”tak, oni są przyjaciółmi", później okazuje się, że wszystko przebiegało zupełnie inaczej, niż sądziliśmy.

Po prostu chcę wiedzieć, czy warto w ogóle dorastać. To wszystko.

Matthew Quick już w swojej pierwszej powieści, którą miałam okazję przeczytać, totalnie oczarował mnie swoim językiem, dostosowanym do narratorki. I tym razem nie zawiódł. Posługiwał się takimi opisami, tworzył dialogi, które czasami bawiły, czasem wypełniały mnie goryczą, a czasem miałam ochotę przez nie płakać. Autor pokazał też, już po raz kolejny, jak dużo, oprócz wykreowania genialnego bohatera, daje stworzenie jego przemyśleń, języka, wymyślenie słów i zwrotów, jakimi najczęściej się posługuje. To sprawiło, że Leonard (jak i pozostałe postacie) jest niezwykle namacalny. W dodatku powieść jest wypełniona po brzegi cudownymi cytatami. Cytatami o życiu, o ludziach, o sztuce, o... Po prostu o wszystkim. Najpierw próbowałam je zaznaczać. Ale później zdałam sobie sprawę z tego, że jest ich tak dużo, że to nie ma sensu. Bo gdybym miała zaznaczyć te 
najlepsze, musiałabym zaznaczać co drugą stronę. Dosłownie.  

Mam taką teorię, że z wiekiem tracimy zdolność do bycia szczęśliwym.

 Powieść to tak naprawdę opis jednego dnia. Dnia, który ma być tym ostatnim w życiu Leonarda. Ten dzień jest typowy dla Leonarda, ale raczej nietypowy dla nas. Czyni to książkę jeszcze bardziej niezwykłą.

Uważam, że powieść Wybacz mi, Leonardzie jest zdecydowanie warta przeczytania. Da nam do myślenia, rozbawi, wzruszy. Sprawi, że będziemy przełykać łzy, kibicować bohaterom, krzyczeć na nich. Poznamy Leonarda - bardzo dojrzałego osiemnastolatka nie takiego jak inni, który zamiast wyprawiać ogromną imprezę urodzinową lub wspominać minione lata, woli rozliczyć się z przeszłością i wziąć sprawy w swoje ręce.  Gwarantuję, że nie pożałujecie lektury tej książki. Zostanie w Was na zawsze. I, co najważniejsze, bardzo zmieni spojrzenie na świat.


Moja ocena: 11/10

gwoli ścisłości: ocenę 11/10 otrzymują ode mnie książki, które naprawdę mnie zmieniły i dogłębnie poruszyły 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

[12] Onyks - Jennifer L. Armentrout

Tytuł oryginalny: Onyx
Autor: Jennifer L. Armentrout
Tytuł polski: Onyks
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka
Liczba stron: 522
Seria: Lux
Tom: II
Wydawnictwo: Filia

Do tej książki, podobnie jak do pierwszej części serii podeszłam z ogromnym entuzjazmem. Spodziewałam się czegoś "wow", fajerwerków, czegoś tak dobrego, jak pierwsza część; skrycie nawet marzyłam, aby było lepsze od pierwszego tomu. Cóż, zobaczcie, jak wyszło.


Kiedy do życia Katy wkraczają pozaziemskie istoty wie, że nic nigdy już nie będzie takie samo. Jednak oprócz przyjaźni z kosmitami, w jej życiu zachodzi mnóstwo innych zawirowań. A wszystko zaczyna się od zwykłej choroby. No dobrze, może nie do końca zwykłej. Później Kat zaczyna odkrywać w sobie umiejętności, których nie powinna posiadać. Jest gorzej - nie potrafi nad nimi zapanować. Dodatkowo Departament Obrony, który chce za wszelką cenę wyniszczyć inną rasę, niż ludzką, przysłał swoich ludzi. No i jest jeszcze ten nowy chłopak, Blake, który wydaje się być niezwykle zainteresowany Kat. Do tego dochodzą skomplikowane relacje z Daemonem - i totalna katastrofa gotowa!

Jestem dosyć rozczarowana tą pozycją. Przez pierwsze osiemnaście rozdziałów (czyli tak na dobrą sprawę pół książki) nudziłam się niemiłosiernie. Okej, niby autorka wprowadziła nowe postacie, elementy i w ogóle, ale brakowało mi tego "czegoś". Na szczęście w drugiej połowie powieści działo się sporo i wtedy naprawdę nie mogłam się oderwać, pochłaniałam rozdział za rozdziałem. I ta druga część Onyksu była naprawdę zaskakująca, akcja wartka, także autorka jakoś wybrnęła z nudów, które zaserwowała nam na samym początku. Co prawda udało mi się przewidzieć większość rzeczy, ale te, których moje wewnętrzne oko proroczki nie zauważyło dosyć porządnie mnie zaskoczyły.


Słowa to najpotężniejsze narzędzie. Proste i zazwyczaj niedoceniane. Potrafią leczyć. Potrafią niszczyć. 

Wątek romantyczny... Wcale nie mówię, że nie shipuję Kat z Daemonem (chociaż on jest tylko mój), ale to, co zrobiła autorka w tej części obrzydziło mi tę parę. Przez pół książki, w tej części, w której było nudno, czułam się jakby autorka chciała tymi przesłodzonymi/zaborczymi/uroczymi/zawstydzającymi/wstaw odpowiednie momentami z głównymi bohaterami zapchać jakąś dziurę. No i jeszcze coś, co mnie niezwykle wkurza chyba w każdej powieści. Przez całą - nie przesadzam - CAŁĄ książkę, czyli bite 522 strony, oni mieli ze sobą problemy. Coś w stylu O mój Boże chyba go kocham, ale w sumie to go nienawidzę, albo nie, przecież jest cudowny, ale nie mogę powiedzieć, że go kocham, ja go tak bardzo pragnę. Nie. Ja go tylko lubię. No dobra, lubię bardzo. Kocham go. Nie, ja  go tak nienawidzę! Ale jest przekochany... zarówno ze strony Katy jak i Daemona.
zdjęcie z mojego Instagrama ^^ (zapraszam)

Jeśli chodzi o bohaterów - jak zwykle nie zawiedli. Kat była jeszcze bardziej ogarnięta i jeszcze bardziej uzależniona od książek i bloga (pojawiła się nawet scena, w której nagrywa book haul! To zdecydowanie jeden z moich ulubionych momentów). A Daemon był cudowny jak zawsze, wnerwiający jak zawsze, seksowny jak zawsze i był palantem jak zawsze. Inni bohaterowie też świetnie odegrali swoje role. Jennifer Armentrout jest świetna, jeśli chodzi o kreację postaci! A jak już przy tym jesteśmy, to chyba warto wspomnieć też o nowym bohaterze. Blake'u, superprzystojnym i megaindealnym surferze, o którym w sumie wiadomo tylko tyle, że mieszka z wujem. Pojawienie się drugiego męskiego bohatera kręcącego się w pobliżu Kat zwiastuje trójkąt miłosny? Też tak myślałam, ale na szczęście, pomimo, że zanosiło się na miotanie pomiędzy dwoma facetami i myśli w stylu O Boże kogo ja kocham, to jednak w końcu autorka chyba zmieniła koncepcję. I bardzo dobrze. Inaczej z tej powieści zostałby zwykły romans, w dodatku słaby, z elementem fantastyki.

Pokiwał głową i uśmiechnął się anielsko do kamery, ale jego oczy ciągle błyszczały z rozbawienia. O tak, to zły pomysł. 
- Uważam, że czytanie jest seksowne.

No i cóż - Jennifer L. Armentrout jest chyba mistrzynią zakończeń. Choćby nie wiadomo jak książka była nudna na początku, i tak zakończy powieść tak, że ma się ochotę na następny tom. Ale ja tym razem zrobię sobie przerwę od świata serii Lux. A zwłaszcza od głównych bohaterów i ich skomplikowanego związku.

Moja ocena: 7/10

Obsydian/Onyks/Opal/Origin/Opposition

środa, 20 kwietnia 2016

Gramy w piłkę z bohaterami książkowymi ^^

Cześć!
Dzisiaj przybywam do Was z tagiem. Tag ten znalazłam na blogu Izy (Isabelczyta) i postanowiłam go zrobić, bo bardzo mi się spodobał! 
Przed Wami...
Drużyna piłkarska Book Tag!

Ogólnie piłką nożną się nie interesuję, ale interesuję się książkami, a tag jest naprawdę świetny! ^^
O co chodzi?
Do słoika (czy czegokolwiek, ja wybrałam słoik), wsypujemy karteczki z imionami męskich bohaterów książkowych i losujemy ich do poszczególnych funkcji na boisku. W ten sposób tworzymy swoją drużynę piłkarską :) 
A ja, żeby było zabawniej, wypisałam nie osiem, a dwanaście postaci, więc do końca nie będę miała pewności, kogo wylosuję.
Zaczynajmy! 

Bramkarz

Percy Jackson [Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy & Olimpijscy Herosi]
Hm... Myślę, że Percy na pewno, ze swoim ADHD i po wielu latach walk dałby sobie radę. W końcu ma niezłą kondycję i refleks. Byłby świetnym bramkarzem :)

Boczny prawy obrońca i boczny lewy obrońca

Cóż, i jeden, i drugi po swoich przeżyciach na pewno mają wolę walki.. Ale Werner niezbyt mi tu pasuje. Jest on bardziej opanowany i chyba bardziej sprawdziłby się w obsłudze technicznej niż na boisku. Ale co do Sashy nie mam większych zastrzeżeń :)

Środkowy obrońca I

Pierwszy Will Grayson (ten bez depresji) [Will Grayson, Will Grayson]
O ile dobrze pamiętam, Will grał w futbol (a może to był baseball? Tak, to był baseball.), więc powinien dobrze sprawdzić się na pozycji obrońcy. Co prawda chyba nie szło mu to zbyt dobrze, ale jakieś doświadczenie ma. 

Środkowy obrońca II

Elliot [Girl Online]
Nie przypominam sobie, aby Elliot nie był wysportowany. Raczej nie powinien mieć problemu z obroną, a jego poczucie humoru na pewno nie raz i nie dwa rozładowałoby napięcie w drużynie i dało motywację do działania :) 



Boczny prawy pomocnik i boczny lewy pomocnik

Daemon Black [seria Lux] & Tom Ward [seria Kroniki Wardstone]
Daemon na pewno da sobie świetnie radę! Ze swoimi zdolnościami i superszybkością na pewno poradziłby sobie na każdej pozycji, więc i na tej pewnie się sprawdzi :) On i Tom... Raczej, jako uczeń stracharza, ma refleks - musi w końcu łapać te wszystkie boginy i wiedźmy. Mam nadzieję, że nie próbowałby oszukiwać, na przykład pętając przeciwników z przeciwnej drużyny łańcuchem.

Środkowy napastnik

Sama nie wiem. Jako mól książkowy chyba nie przepadał za sportem. Ale w książce nic nie było powiedziane, a wydawało się, że był niespokojny, więc może trzeba po prostu dać mu szansę...

Trenerzy drużyn przeciwnych
czyli kogo nominuję :)
Książkoprzenikaczka
Zatracona w słowach
Czekoladowa Borówka (tudzież Margo :>)

Cóż, z taką drużyną może i nie miałabym murowanej wygranej, ale gdyby się postarali, mielibyśmy duże szanse! A ponieważ nie ma tu bohatera, którego bym bardzo nie lubiła, na pewno dobrze byśmy się dogadywali :)

Pozdrawiam i życzę zaczytanej środy!
Muminek 

niedziela, 17 kwietnia 2016

[11] Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender - Leslye Walton

Tytuł oryginalny: The Strange and Beautiful Sorrows of Ava Lavender
Autor: Leslye Walton
Tytuł polski: Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender
Tłumaczenie: Regina Kołek
Liczba stron: 299
Wydawnictwo: SQN




 Spróbujcie wyobrazić sobie, że macie skrzydła. Ale przy tym chcecie być zupełnie normalni. Do tego okazuje się, że cała Wasza rodzina jest dziwna, od prababki. Już? To teraz wiecie, jak czuła się Ava, bohaterka książki Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender.

O tej książce słyszałam bardzo dużo dobrego. Same pozytywne opinie, opisy pod zdjęciami na Instagramie przepełnione milionem serduszek... Trochę się bałam, że się rozczaruję. Na początku, rzeczywiście, nie było aż tak dobrze, ale później...

Zapraszam na mojego Instagrama :)
Ava Lavender urodziła się ze skrzydłami. Nikt nie wie dlaczego, po prostu - taka już jest. Dla niektórych jest aniołem, dla niektórych tylko mitem, opowieścią, a sama siebie postrzega jako zwykłą dziewczynę i pragnie być jak rówieśnicy. Przez piętnaście lat nie opuszczała domu, ponieważ jej matka i babcia - obie niezwykłe, obie po przejściach, i obie zakochane chociaż raz - bardzo się o nią martwią i nie chcą, aby Avę spotkało z powodu jej inności jakieś nieszczęście, nie chcą, aby ktoś złamał jej serce, zranił czy aby cokolwiek jej się przytrafiło.

A ja – ja urodziłam się ze skrzydłami, jako odmieniec, który nie miał prawa liczyć na coś tak majestatycznego jak miłość. To nasz los, nasze przeznaczenie, to ono decyduje o takich rzeczach, prawda?

Ava jest główną bohaterką i narratorką opowieści, ale tak naprawdę wkracza dopiero w połowie, kiedy już zapoznamy się z "życiorysem" jej babki oraz matki. To osobliwa postać - i to nie tylko dlatego, że ma skrzydła. Jest wrażliwa i delikatna, ale jednocześnie rozpaczliwie pragnie towarzystwa ludzi w jej wieku, chociaż się ich boi, i, kiedy chce, potrafi walczyć o swoje.

To, że miłość nie wygląda tak, jakbyś tego chciała, nie znaczy, że jej wokół ciebie nie ma

Książka na początku mnie rozczarowała - najpierw historia rodu Avy nudziła mnie, ale później okazało się, że historia rodzinna może być porywająca. A kiedy wkroczyła sama Ava, wszystko zaczęło się rozwijać. Ale, choćby akcja pędziła nie wiadomo jak szybko, wydawało się, że wszystko toczy się powoli, jak to w małych miasteczkach. A to wszystko dzięki językowi autorki.
Leslye Walton bawi się słowami, tworzy długie opisy z różnymi ozdobnikami. Bardzo mi się to spodobało, zwłaszcza, że - uwaga - te opisy mnie nie nudziły! Zwykle, kiedy czytam opis jakiegoś miejsca czy długaśne przemyślenia bohaterki, po chwili mam tego dość. Autorka powieści Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender stworzyła przecudowny świat, tak nam bliski, a w nim bohaterów - innych, a jednak borykających się z podobnymi problemami.

Zdjęcie z mojego Instagrama :)
Właśnie, bohaterowie. To, w jaki sposób ich wykreowała, jest godny podziwu. Każda postać jest inna, każda ma swoją historię i każda wydaje się być uosobieniem jakiejś naszej słabości, lęku czy problemu - strachu przed odrzuceniem, utraconej miłości, obsesji... Ci bohaterowie pokazali mi, że należy dostrzegać piękno w każdym szczególe, że nie wolno się poddawać, a także, aby nie marnować życia na użalanie się nad sobą i bezczynne siedzenie. Dostałam od nich kopa do działania. Zupełnie jakby ktoś powiedział mi Hej, możesz wszystko.

Pomimo słabego i raczej rozczarowującego początku, koniec końców - książka naprawdę mi się spodobała. Według mnie nie należy zniechęcać się nudnawym początkiem. Powinien ją poznać każdy, bo każdy znajdzie tam coś dla siebie - młodsi pokochają uskrzydloną Avę, nieco starsze osoby dostrzegą zarówno magię, jak i przekaz zawarty w tej książce, a dorośli zapewne będą mogli spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy.

Love makes us such fools

Moja ocena: 9/10

środa, 13 kwietnia 2016

7 książek z irytującymi głównymi bohaterami - Szczęśliwa Siódemka #1

Cześć!
Dzisiaj nareszcie przychodzę do Was z czymś innym niż recenzja. Będzie to coś w stylu nowej serii, którą nazwałam Szczęśliwa siódemka. Na czym to będzie polegało? Po prostu będę wybierała siedem książek/okładek/zakładek/bohaterów, które uwielbiam/nienawidzę/oczarowały mnie... No, chyba już wiadomo, o co chodzi :) Posty z tej serii będą pojawiały się w środy, przynajmniej raz w miesiącu. Jeżeli mi się uda, oczywiście, będę wstawiała posty z tej serii częściej, ale nie wiem, czy się wyrobię.
Bez dalszego przedłużania zapraszam na pierwszy post z serii Szczęśliwa siódemka, czyli...
7 książek z irytującymi głównymi bohaterkami!
Aha, i jeszcze jedno - klikając w nazwę książki przeniesiecie się do jej recenzji! Magia! (ale nie wszystkie książki są zrecenzowane xD)

Serio, Mare to największa idiotka na świecie. Więcej o niej w recenzji, ale naprawdę. Mega niezdecydowana, momentami zarozumiała, a jej monologi wewnętrzne w połączeniu z pierwszoosobową narracją doprowadzały mnie do szału. Jestem teraz srebrna, ale jestem tak naprawdę czerwona, muszę o tym pamiętać. Ludzie, którzy czytali ostatnią recenzję, wiedzą, o co chodzi, a jeśli ktoś nie czytał - zapraszam serdecznie do czytania!

Dotyk Julii

Julia. Bohaterka z serii Jestem niezwykła i niebezpieczna. Ale kocham Adama bardzo. Jeśli czytaliście, to wiecie, o co mi chodzi. Wydawało się, że Adam jest jej priorytetem :/ W dodatku oprócz tego, że jej dotyk zabijał, była wyidealizowana. Taka Mary Sue (Mary Sue - określenie wyidealizowanej postaci literackiej) Podobnie jak jej kochaś. Taka mega idealna parka, gdzie tu realizm?! W sumie to bardziej wina Adama - w końcu to przez jego pojawienie się Julia stwierdziła Ej, w sumie to ja jestem super i się kochamy i w ogóle. Ale od razu mówię, że książka Dotyk Julii jest świetna! ^^ Chociaż czytałam ją dosyć dawno ;)


Jak pisałam w  recenzji (z moją mamą!), Lily jest max irytująca. Dziecinna, nieporadna, nudna, mdła, w dodatku niezdecydowana i w ogóle... No cóż... Rachel Cohn się nie popisała, jeśli chodzi o kreowanie tej bohaterki. No chyba, że chodziło o wykreowanie jednej z najbardziej irytujących bohaterek ever.

Tutaj też rozpisałam się o tym w recenzji, więc odsyłam do niej. Bo po prostu nie wiem, co mam jeszcze dodać. Nie tylko bohaterka była irytująca. Bohater też. Miałam ochotę na nich krzyczeć i w sumie nie podobała mi się żadna decyzja przez nich podjęta... Ale może był to zabieg celowy... Hm...

(tutaj link jest do wrap up'u, w którym cośtam o tej książce mówiłam)

O tej książce pisałam co nieco w tym wrap upie . Całość nie powala, a główna bohaterka, podobnie jak Lily, była nieco dziecinna, często bardzo denerwowały mnie jej zachowania i podejmowane decyzje i niezbyt śmieszyły dowcipy. Ogólnie była to taka główna bohaterka na siłę.

Fangirl

Nie zabijajcie mnie, proszę! Fangirl to dobra książka, przyjemna i nawet wciągająca, przeurocza i nawet ją lubię. I ja rozumiem, że Cath to bohaterka, z którą wszyscy się utożsamiają, ale błagam Was! Uważałam się za trochę Fangirl, ale teraz nie wiem, czy nią jestem... Bo przecież nie siedzę całymi dniami odizolowana w swoim pokoju przed laptopem pisząc fanfiki, z kubkiem herbaty czy kawy i w spodniach od piżamy oraz powyciąganym swetrze. No okej, zdarza mi się, że spędzam cały dzień z książką i laptopem, ale nie dzieje się tak cały czas! (w tym miejscu pozdrawiam Polę Castairs Treaty (mam nadzieję, że nie przekręciłam :>), która myśli podobnie)

Girl Online

Penny, Penny, Penny. Bohaterka, która zrobi trzy kroki, potknie się, przewróci i złamie nogę. Chyba już każdy wie, o co mi chodzi. Po prostu jej niezdarność była tak irytująca i wciskana wszędzie... W sumie Girl Online czytało mi się raczej przyjemnie, aczkolwiek główna bohaterka trochę popsuła tę powieść. Była taką małą niezdarą, której nigdy nic się nie udawało, nie dostrzegała najprostszych rzeczy, po czym okazywało się, że jest piękna czy coś takiego. W każdym razie po prostu bez tej bohaterki czytałoby mi się tę książkę znacznie milej. Co z tego, że była to główna bohaterka?

Mam nadzieję, że ten post Wam się spodobał ^^ Dajcie mi znać, czy nowa seria przypadła Wam do gustu i koniecznie napiszcie, jakie książkowe bohaterki najbardziej Was irytowały :)
Miłego i zaczytanego wieczoru!
Muminek

sobota, 9 kwietnia 2016

[10] Czerwona królowa - Victoria Aveyard


Tytuł oryginalny: Red Queen
Autor: Victoria Aveyard
Tytuł polski: Czerwona Królowa
Tłumaczenie: Adriana Sokołowska
Liczba stron: 488
Seria: Czerwona Królowa
Tom: I
Wydawnictwo: Moondrive/Otwarte

Dzisiaj będzie recenzja książki, do której nie podeszłam z nie wiadomo jakimi nadziejami. Książki, która zaczynała się dobrze. Książki, która okazała się tak denna i beznadziejna, że aż śmieszna. Książki, która dostała ode mnie milion szans i żadnej nie wykorzystała. Książki, za recenzję której zapewne trzy czwarte osób mnie znienawidzi. Poleje się krew. Czerwona i srebrna.

Mare Molly Barrow żyje w kraju, w którym społeczeństwo podzielone jest ze względu na kolor krwi. Czerwoni to ci gorsi - biedniejsi, z nielicznymi perspektywami na życie, jeśli nie znajdą pracy, muszą zostać wysłani w wieku osiemnastu lat do wojska. Srebrni to ci lepsi - to szlachta - królowie i bogaci obywatele, którzy mieszkają w dużych miastach i prowadzą dostatnie życie. No i mają różne magiczne moce.

Mare jest czerwona. Aby zarabiać na życie, musi kraść, co niezbyt podoba się jej rodzicom. Zwłaszcza, że ma perfekcyjną młodszą siostrę, która ma posadę i talent do szycia. Dodatkowo zbliżają się jej osiemnaste urodziny, a co za tym idzie - pobór do wojska. Ale pewnego dnia wszystko w życiu Mare ulega zmianie (nikt się nie spodziewał). Poznaje tajemniczego Cala, który niedługo potem załatwia jej posadę w pałacu. I wtedy wszystko zaczyna gnać na łeb na szyję. Okazuje się, że Mare ma niezwykłą moc, zupełnie jak srebrni, Cal jest kimś zupełnie innym, a dziewczyna stanowi zagrożenie dla królestwa (nikt się nie spodziewał). No i jest jeszcze Szkarłatna Gwardia, czyli grupa czerwonokrwistych, która chce przeprowadzić rewolucję. A główna bohaterka chce im w tym pomóc, bo chociaż teraz ma być srebrną, to musi pamiętać, że jest czerwona (nikt się... A, zresztą. Chyba wiecie, co chcę powiedzieć).

Zacznę może od plusów tej książki, których było zdecydowanie mniej niż minusów. Po pierwsze, powieść napisana jest napisana bardzo "przystępnym" językiem. Dzięki temu książkę czyta się naprawdę szybko, dzięki czemu można przeczytać ją w dwa wieczory. Po drugie, pani Aveyard miała pomysł. Na początku, pomimo wyczuwalnej inspiracji wieloma znanymi seriami, naprawdę spodobał mi się ten cały podział i w ogóle. Ale później autorce chyba pomysłu brakło i, niestety, pisała dalej, ściągając ile się da z innych książek czy serii. I tutaj zaczynają się minusy.
-Czasami zapominam, że drepczesz jak dziecko.
- Lepsze to, niż myśleć jak dziecko.

Najpierw ignorowałam te podobieństwa. Bohaterowie, podział, brutalne rządy - to jakoś trawiłam, wmawiając sobie, że to tylko niewinna inspiracja. Ale kiedy przeczytałam cytat, brzmiący prawie identycznie jak ten z Igrzysk Śmierci, powiedziałam sobie: nie. Ze strony na stronę tych "inspiracji" było coraz więcej, aż w końcu miałam wrażenie, że czytam Igrzyska, tylko poprowadzone trochę inaczej.

Kolejną rzeczą, która mi się nie podobała, to wprowadzenie rewolucji. Nie dość, że kojarzyło się z tryliardem opowieści, które już znamy, to jeszcze po jednej czwartej książki autorka wpychała ją gdzie się tylko da. W końcu miałam tego dosyć. Sytuacji nie poprawiały myśli głównej bohaterki, która była tak irytująca, że już bardziej się nie da. Nie dość, że książka miała narrację pierwszoosobową, to jeszcze wszędzie zostały wstawione, równie irytujące jak Mare, jej rozmyślania o tym, że Jestem niby srebrną, ale muszę pamiętać o tym, że jestem czerwoną, REWOLUCJA, kogo ja kocham, chcę wszystkich ocalić, REWOLUCJA. W dodatku te jakże filozoficzne przemyślenia były ujęte w cudzysłów i napisane r o z s t r z e l o n y m  d r u k i e m, żeby czytelnik zwrócił na nie całą swoją uwagę. Mare jest tak mdła i irytująca, jak... Cała reszta bohaterów.

Prawda jest taka, że z żadnym się nie zżyłam. Okej, było kilka (dwóch) których polubiłam, ale w sumie mogliby wszyscy umrzeć i nic takiego by się nie stało. Potraktowałabym to wzruszeniem ramion i nawet się ucieszyła, że historia dobiegła końca.

Do tego dochodzi trójkąt miłosny, który później stał się czworokątem, a później to już w ogóle nie wiedziałam, o co tam chodzi. Było trochę tak, jakby autorka najpierw stworzyła trójkąt (czy tam czworokąt) miłosny, później o nim zapomniała, następnie znowu sobie o nim przypomniała i "wybiła" go na pierwszy plan, a przez resztę książki raz sobie o nim przypominała, a raz zapominała.

Oprócz wad wymienionych powyżej, uderzyła mnie jedna - przewidywalność tej powieści.  Przewidziałam wszystko od pierwszej do ostatniej strony. Okej, wiem, że to brzmi jakby na siłę, jakbym to wymyśliła, ale serio - w połowie książki miałam już wizję tego, jak książka się skończy i to się sprawdziło. Po pewnym czasie moje zachowanie to było coś w stylu To pewnie będzie tak. Proszę, żeby nie. Jeśli tak się nie stanie, to ta książka będzie lepsza!. I nigdy nic z tego nie wychodziło.

Czerwona królowa Victorii Aveyard to kolejna młodzieżówka, jednak bardziej beznadziejna, niż można to sobie wyobrazić. Niezwykle przewidywana, ze słabymi bohaterami i zmarnowanym pomysłem pierwsza część serii, która zdecydowanie jest moją najmniej ulubioną serią, i jeśli sięgnę po drugą część, to tylko po to, żeby dostarczyć Wam o nim informacji, bo chociaż podobno druga część jest milion razy lepsza od pierwszej, to w ogóle nie mam ochoty jej czytać.

Moja ocena: 2/10

Czerwona królowa/Szklany miecz